Tworzę teksty, które pozwalają na zwiększenie sprzedaży Twoich produktów lub usług. Dbam o merytoryczny i atrakcyjny przekaz tworzony w oparciu o moją wiedzę oraz sugestie Klientów.

Na początku był blog

Na początku każdej baśni są góry i lasy, za którymi mieszka dumna księżniczka albo sprytny szewczyk.

Na początku niejednej drogi wiodącej przez dietę ku zgrabnej sylwetce jest chęć wyrwania rożka z lodami każdemu mijanemu spacerowiczowi, nawet jeśli jest to blondwłosy brzdąc o wyglądzie amorka 😉

A na początku mojej ścieżki wolnego strzelca znajduje się blog Agnieszki Skupieńskiej, a nieco dalej jej książka „To się opłaca” – kompendium wiedzy dla każdego, kto chce zacząć pracować w domu, według wyznaczonych przez siebie zasad.

Agnieszka w Krainie Niezależności 🙂

Kiedy zaczęłam czytać blog „To się opłaca”, liczył już całkiem sporo wpisów. Jako absolwentka dwóch kierunków studiów humanistycznych (w tym filologii polskiej, jak  jego autorka 🙂 ) sumienną lekturę i skrupulatne tworzenie notatek opanowałam do perfekcji, zatem czytałam chronologicznie, od deski do deski, dzierżąc zeszyt, w którym spisywałam najważniejsze treści 😉

Zastosowałam nawet klucz alfabetyczny: „Z” jak zalety pracy dla siebie, „D” – darmowe zdjęcia na bloga…

To była pierwsza, choć nie ostatnia, książka o pracy z domu, na własny rachunek, którą przeczytałam. Wracam do niej z ogromną przyjemnością i sentymentem.

Książka liczy sześć części, a każda z nich dzieli się na rozdziały. Jest ich sporo, ale – uporządkowane i konkretne – nie nużą, czyta się szybko, z przyjemnością. Które informacje były dla mnie tymi najważniejszymi? Nie wskażę tu wielu, skądinąnd bardzo praktycznych, wskazówek: od konstrukcji portfolio po sposoby pozyskiwania zleceń. Porady się przydały, pewnie, najważniejsze jednak było zdanie z pierwszego rozdziału pierwszej części:

„TAK, z pracy w domu można się utrzymać”.

Tylko i aż tyle. Podkreśliłam je dwoma kolorami żelopisów (krzywo!) i dorysowałam obok kwiatuszki (by odwrócić uwagę od niestarannego podkreślenia, tylko pogorszyłam efekt). To zdanie było dla mnie najważniejsze.

W moim otoczeniu brakowało nie tylko freelancerów, ale i osób, które choć część firmowych obowiązków realizowałyby zdalnie. Takie scenariusze, zdecydowanie dopasowane do mojego introwertycznego charakteru i odrobiny dobrze skrywanego zbuntowania, po prostu nie mieściły mi się w głowie.

Bez nocnych… ekhm… porannych pobudek? Czujnego spojrzenia szefa? Dojazdów autobusami? Jakże to tak…

Alternatywą dla tego modelu życia zawodowego jest oczywiście założenie własnej firmy, ale z głębokiej przeszłości lat 90. wyniosłam przekonanie, że ten, kto posiada firmę, musi:

a) być mężczyzną

b) jeździć polonezem  (patrz: data wizji)

c) mieć wąsy (patrz wyżej).

Dodajmy do tego wyobrażenie, że praca w szkole będzie mi celem życia, misją i płatnymi wakacjami. Otrzymujemy przepis na zawodową katastrofę. Przynajmniej w moim wykonaniu, rzecz jasna.

Później wizje i zapatrywania ulegały zmianom, pozostawała jednak myśl, że ja i etat to jedno.  😉 A dzięki Agnieszce wiem, że jedno, po którym przychodzi drugie. (Dla mnie) nowe. (Dla mnie) lepsze.

Akcja „Motywacja”

Na szczęście autorka nie poprzestała na przytoczonej tezie, dzieląc się z czytelnikami tajnikami efektywnej pracy i podpowiadając, co zrobić w sytuacjach trudnych, takich jak brak zleceń, nieuczciwy klient, czy chociażby deficyt zapału do pracy. Jednak to właśnie przytoczony cytat zmotywował mnie, by pójść, wciąż chyba dość nieszablonową, zawodową drogą wolnego strzelca. Nie dla poklasku wśród znajomych, szczękościsku okropnej szefowej sprzed ośmiu lat, chyba nawet nie dla osławionego „miliona monet” w perspektywie (ale zobaczcie, jest to „chyba” 😉 ). Dla siebie. Oraz dla córeczki, żeby mama nie znikała jej z oczu na niemal pół doby.

A także po to, by pomóc komuś dobrym słowem, nad wyraz skutecznie 😉